Mija 6 lat mojego pisania o marketingu i biznesie. Dzisiaj śpiewam sobie spóźnione sto lat, bo nie było jeszcze okazji. A były to lata, które sporo mnie nauczyły i naprawdę dużo dały.

Ostatnio Facebook przypomniał mi, że minęło 6 lat odkąd zacząłem pisać. I gdyby nie to pisanie o biznesie, social media, marketingu i sprzedaży pewnie nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem dzisiaj. Od 2017 roku jestem obecny w sieci pod adresem grzegorzmiecznikowski.pl. Ale zacznijmy od początku.

Trochę historii

To chyba zaczęło się tak, że siedząc wówczas w agencji LEWIS PR, razem z całą ówczesną ekipą dyskutowaliśmy nad wpadką jednej z warszawskich agencji, która oferowała darmowe staże studentom, ale wymagała doświadczenia, co najmniej, zaprawionego w bojach juniora. No i wybuchł kryzys. I, że nie używałem wówczas Facebooka do pisania długich postów, tego samego dnia, wieczorem, patrząc na rozwój całej sytuacji, powstał pierwszy tekst i narodził się blog Miecz Media. Tak, dobrze czytacie. Miecz Media.

Miecz Media obecny był w internecie ponad rok. Na samym początku funkcjonował na domenie blogspot.com i nie miał logotypu. Ten, pierwszy w historii, podarowała mi Marysia Wasilewska, po któryś Czwartkowych Spotkaniach Social Media w Warszawie.

Blogowanie

Potem był blog smarketing.pl, który objął patronatem kilka wydarzeń branżowych (m.in. Marketing and Technology Congress w 2015 roku), na którym organizowałem różne konkursy książkowe czy biletowe. W tym czasie na Facebooku obecny byłem najpierw jako „Marketing przez S”, a potem już jako Grzegorz Miecznikowski.

Blogowanie

Blog „kręcił się” całkiem nieźle do pierwszej połowy 2016 roku. Wtedy pisać przestałem i w ogóle wycofałem się z marketingu na dłuższą chwilę, ale to historia na inną okazję. W styczniu 2017 roku wystartowałem od nowa.

Jak jest teraz?

Blog i strona www.grzegorzmiecznikowski.pl kręci się również! W zeszłym roku to ponad 95 000 wyświetleń oraz średnia miesięczna sprzedaż ze strony www na poziomie 916,50 PLN. Nie jest to wiele, ale totalnie nie robiłem dystrybucji poza swoimi kanałami.

Często, dzięki pisaniu na własną stronę, goszczę także w mediach, udzielając porad, komentując bieżące wydarzenia, opowiadając o sprzedaży i marketingu.

Do tematów, w których się w wyspecjalizowałem należą: social media, a zwłaszcza LinkedIn oraz sprawy LGBT+ i marketing inkluzywny. I z tego ostatniego jestem najbardziej dumny, bo temat kampanii marketingowych oraz targetowania komunikacji do społeczności LGBT+ wszedł pod strzechy. W tym roku w mediach pojawiłem się 67 razy, jeśli chodzi o wywiady i wypowiedzi. Opublikowałem też 19 tekstów eksperckich w branżowych magazynach. Cześć linków do artykułów i wywiadów znajdziecie pod tym linkiem. Na blogu, tylko w ubiegłym roku, opublikowałem 27 nowych artykułów i jednego, nowego e-booka, który do tej pory jest pobierany, przynajmniej raz dziennie. No i tych artykułów w 2020 będzie więcej.

Trochę pracy to wszystko kosztowało, ale frajda i nauka, która z tego płynie są tego warte. Czego się nauczyłem?

Sukces smakuje zawsze dobrze

Nie ma nic lepszego niż endorfiny buzujące w ciele , po tym jak własnymi siłami i ciężką pracą osiągnie wymarzony cel. I może być to sukces tekstu albo kolejny klient, który kupił coś na stronie www czy wiadomości od osób, które Cię czytają. Nigdy nie zapomnę jak pierwszy tekst wysherowała Monika Czaplicka, której wtedy nie znałem, a o której mówiło się (dzisiaj to inaczej odbieram) jak o internetowej celebrytce. I jakie to było miłe.

Nie zapomnę jak także jeden z pierwszych tekstów osiągnął zawrotną dla mnie wówczas liczbę 40 tys. odsłon i stał się podstawą artykułu w Onet.pl o wpadkach rekruterów. Okej, buduje to ego! Ale można robić także wiele dobrego. Prawdopodobnie w innych mediach nie mógłbym swobodnie pisać o emocjach w biznesie, o depresji, walce z przeciwnościami losu. A te teksty, są potrzebne, o czym wiele razy czytałem w prywatnych wiadomościach, zawsze bardzo wzruszony.

A ten tekst o rekruterskich wpadkach przeczytacie tutaj. Wrzuciłem go specjalnie na sześciolecie.

Musisz się uczyć

Kto nie lubi się uczyć? No dobra, nawet jeśli nie lubisz, to prowadzenie bloga czy własnego kanału wymusi na Tobie regularne zaglądanie do źródeł i research. A wszystko żeby nie wypaść z obiegu, branży, stale świadczyć usługi na najwyższym poziomie, pisać aktualne teksty, musisz odrabiać swoje prace domowe – uczyć się, testować, eksperymentować. To najcenniejsze lekcje, które odbierzesz poza jakimikolwiek studiami czy salami szkoleniowymi. No i prowadzenie strony wymaga także znajomości technologii. A to do obróbki zdjęć, a to podstaw kodowania, itd.

Pisanie to dobry lek

Prowadzenie własnej strony, regularne pisanie o rzeczach ważnych, mniej ważnych i w ogóle nieważnych to idealne wyjście, kiedy w pracy i karierze zdarzają się przestoje. Ale to także recepta na różnego rodzaju smutki i traumy – te biznesowe i dookoła życia zawodowego. Możliwość otworzenia się, podzielenia się emocjami z innymi.

Wena nie przychodzi sama

Jest niedziela a ja piszę. Czy naprawdę myślicie, że jestem w tej chwili zainspirowany, że po całym tygodniu pracy, zapukała do mnie muza, zrobiła mi kawy i masaż karku, żeby lepiej siedziało mi się przed laptopem? Jestem zmęczony, głodny, wolałbym pójść do kina, ale obiecałem sobie, że wrzucę ten tekst jeszcze dzisiaj. Jeśli czekasz na inspirację, możesz się jej nigdy nie doczekać. Zamiast inspiracji zastosuj motywację i dzięki niej zabierz się do pracy.

Rutyna nie jest wrogiem

Piszę zawsze w tych samych godzinach. W te same dni. W tych samych miejscach (kursuje często między klubokawiarniami albo zaszywam się w łóżku z laptopem). Przy tym samym napoju (americano z podgrzanym mlekiem), jedząc (jeśli zostaję w domu) zawsze te same snacki (zwykle jest to mieszanka studencka albo orzechy włoskie). Robię wszystko, totalnie wszystko, aby dyskomfort niepewności, tego czy się skupię i czy coś napiszę, nie uruchomił ataku paniki „pierwszej pustej strony”. Rutyna może być Twoim przyjacielem. Dodatkowo w ten sposób tworzysz sobie pisarki nawyk. I ja zawsze tej rutyny nie znosiłem, dopóki… nie zacząłem regularnie pisać.

Nie muszę być taki jak inni

Kiedy koledzy i koleżanki zaczęli nagrywać wideo na YouTube’a, robić live’y czy nagrywać podcasty, ja nadal tłukłem i nadal tłukę teksty na stronę www. Często mówię, że to dlatego, że mam urodę radiową, a głos gazetowy. Prawda jest też taka, że po prostu ze słowem pisanym mi dużo lepiej. Zresztą moim odbiorcom również, bo bardziej im z tekstem po drodze. I póki co, na szczęście, się to nie zmienia.

Po kilku latach blogowania przestałem mieć kompleks innych ekspertów. Nie zabijam się od 4 lat o fanów na Facebooku, followersów na Instagramie i nie porównuję blogowych zasięgów, mówiąc sobie, że muszę więcej. Bo nie muszę. Mogę być sobą. A w tym jestem dobry i to lubią osoby, które mnie obserwują. I uwierzcie, ja też to doceniam!

Bycie celebrytą jest zawstydzające

Taka sytuacja, że po którymś evencie stoję przy barze, sączę piwo po prelekcji, nasłuchuję branżowych plotek. W pewnym momencie podchodzą do mnie dwie kobiety po trzydziestce. W rękach trzymają zbindowanego, oprawionego e-booka „Jak pisać, żeby przeczytali. Przewodnik po pisaniu InMaili”. Proszą o autograf, mówiąc że śledzą mnie w kanałach społecznościowych i cienią to, co robię. Nie wiem jak inni twórcy, ale dla mnie to zawstydzające. No okej, nikt nie zakłada bloga, nie udziela się w mediach nie mając minimalnego parcia na szkło (kilka lat temu miałem naprawdę spore, serio!), ale nie mógłbym być jednak celebrytą. Za duży stres jak dla mnie. Wolę skupiać się na swojej robocie i wkładać w nią tyle energii ile zostaje mi po pracy. I po prostu robić to, co do mnie należy. Bo edukowanie i pomaganie jest o wiele fajniejsze niż brylowanie.

Jesteś częścią rodziny

To jest chyba najważniejsze. Twórcy trzymają się razem, znają swoje problemy, słabe strony, pomagają sobie wzajemnie (a przynajmniej tak jest w mojej bańce). Zostając twórcą, stajesz się częścią dużej i fajnej, motywującej i inspirującej rodziny. Wsparcie, które dostawałem w czasie całej drogi, zwłaszcza na początku, było gigantyczne. I za to wsparcie muszę podziękować szczególnie Aleksandrze Staszewskiej, Robertowi Czerwcence i Krystianowi Wojtkowskiego i Monice Czaplickiej – bo byli, bo doradzali, bo pomagali. Bez nich blogowanie biznesowe zarzuciłbym pewnie jak inne projekty – blog kulinarny „Na Ostrzu Miecza” czy popkulturowy blog z ukierunkowaniem na LGBT+ „From Top 2 Bottom”.

A gdybym to zarzucił, pewnie nie byłoby dzisiaj #ZnanyEkspert.

(Przeczytano 374 razy, z czego 2 razy dzisiaj)

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.